O autorze
dr Zarządzania (UW), mgr Matematyki, studia podyplomowe z Pedagogiki Twórczości (APS im. Grzegorzewskiej) i Finansów (Swinburne University of Technology, Melbourne); prowadzi swoją firmę szkoleniowo-doradczą Kreatywne Strategie. Wizja? "Wierzę w ludzi, przedsiębiorczość i potrzebę sprawiedliwości społecznej. Jestem przekonany - wiem - że w każdym człowieku jest potencjał dobra i twórczości; Tyle, że często nie potrafimy go wydobyć... A przecież tylko dbając o siebie na wzajem możemy być szczęśliwi, mieć dobre rodziny,firmy i kraj..."

Nie trwońmy naszej przyszłości! O marnowaniu szans..

Z wielkim entuzjazmem, podobnie jak sprowadzenie „Pendolino”, spotkało się w kręgach politycznych i mediach ogłoszenie o rozpoczęciu budowy dwóch „inkubatorów przedsiębiorczości” w Lublinie. Problem jednak w tym, że podobnie jak w przypadku „Pendolino” pożyteczność tego bardzo kosztownego przedsięwzięcia jest nader wątpliwa. Gorzej: od pewnego czasu już wiadomo, że tak modne jakiś czas temu inkubatory są trwonieniem pieniędzy podatników. Takie wyniki dały zarówno badania Kauffman Foundation w Stanach Zjednoczonych, European Court of Auditors dla Komisji Europejskiej, jak i analizy Chrisa Dowsona w Australii. Czas więc wziąć pod lupę projekty istniejących, a zawłaszcza przyszłych inkubatorów przedsiębiorczości na Lubelszczyźnie (podobno ma ich być szesnaście). Dlaczego?

Po pierwsze, inkubatory nie przynoszą pożądanych rezultatów.
Efektywne wdrażanie programów wspierania przedsiębiorczości czy innowacji nie jest łatwe. Niedawne studium Fundacji Kauffmana, przeprowadzone przez Aziza Gilaniego, firmy dyrektora venture capital DFJ Mercury nad 29 amerykańskimi inkubatorami akademickimi zwanymi tam „Startup Accelerator” przyniosły pożałowania godne wyniki. Ponad 45% z nich nie dało ani jednego absolwenta, który przeszedłby do fazy pozyskiwania finansowania. Gdy próbowano ocenić i porównać ich funkcjonowanie, konkluzja była brutalna: wyniki są zbyt kiepskie, żeby dawało się je sensownie analizować.
Podobnie, choć dużo wcześniej - na innym krańcu świata, w Australii podjęto próbę oceny wsparcia dla współpracy pomiędzy nauką i biznesem przez stworzenie w roku 1991 Cooperative Research Centres (CRS). „Przez 11 lat swojej działalności wiele spośród 123 ośrodków zniknęło bez śladu, pośród opowieści o bezsensownych kłótniach, arogancji i ignorancji związanej z procesem komercjalizacji.” – pisano w prestiżowym czasopiśmie biznesu „BRW” pod znamiennym tytułem „Świetny pomysł, żałosne wyniki”. W ciągu pierwszych 11 lat ośrodki te pochłonęły oszałamiającą sumę 7,2 miliarda dolarów... (Proszę wziąć poprawkę na inflację.) W roku 2001 pisano: „w tym roku 19 ośrodków zostanie zamkniętych, a 19 innych powstanie. Systematyczne badania nad ich efektywnością pokazały, że 70% nie dały satysfakcjonującego „rate of return” (zwrotu na inwestycji) – nawet według własnych kryteriów..” Autor badań, Chris Dowson, na co dzień prowadzący firmę komercjalizującą badania mówi: „gdyby ośrodki te oceniać według normalnych kryteriów, to powiedział bym, że 99% z nich nie dało satysfakcjonujących efektów”.
Po drugie: po co te opóźnienia?
W niektórych elementach programu doszukać się można pewnej wartości: szkolenia, doradztwo itp. Pytanie jednak – jeśli mamy wartościowe elementy takiego programu, to dlaczego z ich uruchomieniem musimy czekać na wybudowanie „pudła”?
Istniejące organizacje – jeśli mają dostateczne „moce przerobowe” nie potrzebują przecież nowego lokum, by takie działania uruchomić. I można by to zrobić „już”. Bo „czas to pieniądz”. Czasem nawet więcej niż pieniądz: to kwestia tego, czy młodzi ludzie będą mogli znaleźć na Lubelszczyźnie pracę, czy też będą się czuli zmuszeni wyemigrować – do Warszawy, czy do Anglii w poszukiwaniu godziwego życia…
Działanie „na już” ma też kluczowe znaczenie ze względu na gromadzenie doświadczeń, wiedzy na temat tego, „co działa, a co nie”. Jeśli taką wiedzę zbudujemy, to w następnych latach będziemy mogli tworzyć bardziej efektywne programy..
Po trzecie: zadziwiający transfer majątku
Zadziwiający element finansowania „inkubatorów przedsiębiorczości” to zapis, o którym nie ma wzmianki w doniesieniach medialnych: wybudowane „inkubatory” po trzech latach przechodzą na własność organizacji – realizatora projektu. Cóż nie sposób dopatrzeć się społecznego pożytku z takiego transferu. W efekcie można szacować, że:
• 40% nakładów zostanie przeniesionych w postaci wybudowanych budynków na rzecz realizatorów projektu
• 40 % pochłoną koszty zarządzania i promocji (projekty unijne mają bardzo koszty tego typu – tak ze względu na ich wymagania, jak i brak motywacji do efektywnego gospodarowania środkami)
• a jedynie ok. 20% przewidywanych nakładów zostanie spożytkowane na działania związane z rozwojem przedsiębiorczości (diagram).



Szacując, że ok. ¼ administracyjnych kosztów projektów unijnych jest potrzebnych, to dochodzimy do wniosku, że istnieje uzasadniona obawa, że zaledwie jedna trzecia nakładów będzie wydawana na właściwy cel (choć, jak już wiemy z rozlicznych badań, i tak nieefektywnie), a 40% zostanie zawłaszczone. (Chętnie zmodyfikuję powyższe informacje, jeśli dostanę rzetelne zestawienie kosztów.)

Tak, wiem, realizatorami projektów są organizacje „not-for-profit”, „nie dla zysku”. Ale jak widzimy na przykładzie SKOK-ów, majątek taki bez większych trudności może być przekazany w ręce prywatne, już nie mówiąc o tym, że istnieje prostszy, mniej jaskrawy sposób prywatyzacji społecznego majątku. Metoda ta, ćwiczona przez wiele organizacji służących jakoby społecznemu pożytkowi sprowadza się do tego, że nakłady na szczytne cele służą przede wszystkim finansowaniu dostatniego życia zaradnych kierownictw takich organizacji. W naszym przypadku – czego nie sposób wykluczyć – będziemy świadkami fantastycznego pomysłu na dostatnią emeryturę: pasywny (to jest „nie wymagający pracy ani własnych nakładów”) dochód do końca życia z wynajmu pomieszczeń biurowych w byłym inkubatorze… Do końca życia, lub dłużej, jeśli swoje dzieci sprytnie wprowadzimy do naszych organizacji…




Refleksje
Obszar działań innowacji i przedsiębiorczości, i pojawiające się tam patologie z natury rzeczy jest trudniejsze do wykrycie niż drogi, gdzie kłują w oczy ekrany chroniące przed hałasem polne zające. Niestety, działania te, mające zdynamizować polską gospodarkę i pomóc tworzyć miejsca pracy są w ogromnej części marnotrawione:
• widziałem uczelniany inkubator przedsiębiorczości, sfinansowany kosztem 18 milionów złotych, w którym działało sześć firm, zatrudniających kilkanaście osób;
• widziałem bardzo kosztowne laboratorium dobrej skądinąd politechniki, działające (po roku od uruchomienia) na 20% możliwości.
Nawet prywatne firmy i indywidualni rolnicy nie są wolni od przypadłości związanych z „darmowymi pieniędzmi”: trafić gdzieniegdzie można na słabo wykorzystywane linie technologiczne kupione pośpiesznie „bo jeszcze można się było załapać”. Gorzej, gdy np. rolnik kupował za 400 000 zł nowy ciągnik, bo dostał 50% dopłaty.. I został z dwustutysięcznym kredytem, gdy stary ciągnik, mógł tę samą robotę zrobić.. (I cóż mu zostaje, jeśli nie strajkować, gdy ceny produktów rolniczych nagle spadły?)
Niemcy dobrze wykorzystały plan Marshalla, odbudowały gospodarkę, zapewniając dobrobyt i bezpieczeństwo swojemu narodowi. Najwyższa pora, byśmy teraz, w ostatnim rozdaniu środków unijnych wzięli pod lupę sposób wydawania pieniędzy... Inaczej, po nie tak długich kilku latach, zamiast kwitnącej gospodarki będziemy mieli rzesze niezatrudnianych biurokratów, który teraz zajmują się rozdziałem środków unijnych, ich pozyskiwaniem, czy kontrolą wydatkowania. A zamiast tętniących pozytywną energią, współpracujących z gospodarką uczelni będziemy mieli (jak powiedział pewien lubelski profesor) puste hale po których tylko hula wiatr…

Pora, by nasi rządzący zajęli się nie tylko lepszą przyszłością krewnych i znajomych, ale i troską o lepsze rozdysponowanie publicznego grosza.
Pora, by nasi dziennikarze, „czwarta władza” i poniekąd elita narodu, przestali „łykać jak głodne pelikany” wszystkie PR-owe komunikaty, którymi potem karmią „ciemny lud” (utrzymując tenże lud w wyżej wymienionej ciemnocie). Pora, by poza kibicowaniem coraz to nowym pyskówkom pokusili się o rzetelne analizy celowości, opłacalności i realizacji najrozmaitszych projektów – od Pendolino, przez Stadion Narodowy i autostrady po programy przedsiębiorczości i innowacyjności.
Pora też wreszcie, byśmy my, jako obywatele, zaczęli pytać naszych posłów, radnych i włodarzy: Co robicie z naszymi pieniędzmi? Czy wiecie, że się marnują? Jeśli nie wiecie, to czy to dlatego, że nie chciało się wam dowiedzieć, czy dlatego, że wam tak wygodniej, czy też dlatego, że na tym właśnie uwłaszczają się wasi krewni i kumple?
Nie znaczy to, oczywiście, że przedsiębiorcy, managerowie i pracownicy powinni czekać, aż „coś się zmieni” „tam, na górze”. Bo i „na górze” są pozytywne zmiany z punktu widzenia długofalowej konkurencyjności polskiej gospodarki. Pieniądze – już za parę miesięcy znów mają być. Ale teraz, już nie będzie „kasy” na budynki i linie technologiczne. Pieniądze będą na innowacje. Ale by „zacząć robić innowacje” potrzebujemy – jako naród – przełamać mentalność dziewiętnastowiecznego kapitalizmu i walki klasowej. Potrzeba, by pracownicy, każdy na swoim stanowisku pracy, troszczyli się o wydajność i jakość produkcji w swojej firmie. bo przecież tylko dochodowa firma może zapewnić na stałe miejsca pracy i godziwe zarobki. Tak, nie jest to oczywiste ani łatwe, nie tylko u nas. W amerykańskich korporacjach na 100 pracowników wypada rocznie zaledwie 16 wdrożonych usprawnień. Ale można to zrobić: Toyota przesunęła się z podobnego poziomu do... 48 wniosków na jednego (!) pracownika.
Klucz do wyzwolenia pomysłowości tkwi więc w rękach właścicieli i kadry managerskiej: to oni mogą stworzyć wspierający i inspirujący klimat dla rodzenia się innowacji.
Przełomowe innowacje (nawet w skali firmy, nie koniecznie w skali światowej), wymagają oczywiście czegoś więcej, niż stworzenie dobrego klimatu. Do tego potrzeba systematycznej strategii poszukiwań, akceptacji (ale i minimalizacji) ryzyka, odpowiedniej adaptacji procedur (czy po prostu obyczajów) w firmach. Pomóc też mogą profesjonalnie prowadzone warsztaty poszukiwania pomysłów na innowacje (nie, nie żadne szkolenia) – ale to już inny temat.
Systematyczne badania porównawcze pokazują, że w praktyce rzeczywisty poziom innowacyjności nie zależy od wysokości nakładów. Zależy od nie od tego „ile wydajemy” (bo każdy coś tam wydaje), ale od tego, „jak je wydajemy”. I jest to pytanie, które sobie powinny postawić w Polsce władze, obywatele i dziennikarze. A „na swoich podwórkach” firmy i ich pracownicy, a przede wszystkim managerowie i właściciele.

Wreszcie, warto zadać sobie trzy fundamentalne pytania:
- czy jest sens realizować kosztowne, wielomilionowe projekty, które według profesjonalnych analiz nie przynoszą pożytku, a w najlepszym nawet razie stawiają w uprzywilejowanej pozycji kilkanaście firm?
- czy można mieć nadzieję, że rozliczne firmy i fundacje, noszące w nazwach piękne słowa „przedsiębiorczość” i „innowacje” będą zainteresowane poszukiwaniem efektywnych strategii, jeśli te nieefektywne dają możliwość „ustawienia się” na długie lata?
- czy zupełny brak głosów partii opozycyjnych, dotyczących marnotrawstwa „grosza publicznego”, jak i stwarzania okazji do uwłaszczania się na społecznym majątku przez zaprzyjaźnione organizacje wynika z niekompetencji tychże (jak chcą optymiści), czy też z chęci dorwania się samemu do takich możliwości (jak chcą tego cynicy)?


Na zakończenie – środki trwonione i przewłaszczane w ramach projektów związanych z innowacją i przedsiębiorczością są wielokrotnie wyższe, niż wywołujące medialne burze o „kilometrówki” czy lotnicze podróże Panów Posłów. Czy, kto kiedy i jak zabierze się porządnie za analizę sensowności wydawania Państwowych, czyli naszych, społecznych pieniędzy?
Trwa ładowanie komentarzy...