Myli się Pan, Panie Adamie - prezes Kaczyński nie jest problemem !

W niedawnej audycji „Lis na żywo” Adam Michnik forsował tezę, że podstawowym zagrożeniem dla Polski jest widmo państwa policyjnego (uosabiane nie tak dawnymi praktykami widomej formacji), a to, co się w kraju dzieje, to jedynie „normalne bolączki demokracji”.

Cóż – z całym szacunkiem dla zasług – myli się Pan, Panie Adamie. Brednie Kaczyńskiego o mgle, wybuchach i sfałszowanych wyborach pozostawałyby jedynie marginalnym folklorem, gdyby nie nieudolna, egoistyczna polityka - przesycona wygodnictwem, bezczelny kolesiostwem i częstym nadużywaniem władzy przez rządzącą koalicję.


Każdy kraj ma swoich szaleńców, oszołomów i ksenofobów; ma ich nawet „the lucky country” – Australia. Rzecz w tym, że w zdrowo rozwijającym się kraju zostają oni na marginesie (bo wyeliminować ich nie sposób). To nieudolna polityka, trwonienie szans rozwojowych, jest źródłem frustracji w ogromnych rzeszach narodu, stanowiąc tym samym dźwignię i rzeczywistą przyczynę zagrożenie politycznego.

Póki chcemy mieć demokrację i wolność słowa – a chcemy, mam nadzieję – to nie możemy zamknąć gęby rozmaitym szaleńcom… Rozmaite zwariowane ruchy typu Kaczyński, Macierewicz, czy Mikke nie są zagrożeniem; zagrożeniem jest frustracja wielu ludzi.
Fakt, Polska poczyniła istotne postępy... Ale postępy te są wynikiem fundamentalnych zmian gospodarczych zapoczątkowanych sławetną reformą Wilczka (co niezabronione jest dozwolone), która wyzwoliła przedsiębiorczą energię Polaków.

Faktem jest, że poziom życia znacznej części Polaków istotnie się podniósł; ale jak nasz „fenomenalny wzrost” po kilka procent rocznie (po gigantycznym spadku „wstrząsowej kuracji” prof. Balcerowicza) ma się do osiągnięć Korei, Japonii czy dużo bliższej nam geograficznie Finlandii, które to kraje przez długie lata systematycznie osiągały dziesięcioprocentową stopę wzrostu? Tak, żyje się nam znacznie lepiej niż Rosjanom, Białorusinom czy Ukraińcom. Ale młody Polak porównuje już swój status i szanse z Niemcami, Szwedami czy Francuzami... Czy dystans ten rzeczywiście się zredukował? Czy wręcz przeciwnie – jak twierdzą niektórzy – ciągle się powiększa?

Niestety, brak rzetelnej dyskusji nad fundamentalnymi alternatywami rozwoju kraju, nad możliwościami reformy wszystkich sektorów gospodarki i życia społecznego powoduje, że działania kolejnych rządów są często podejmowane „na czuja”, częściej jeszcze na skutek bardziej lub mniej bezwzględnego lobbingu grup interesów , a już sporadycznie po rzetelnej, fachowej i bezstronnej (!) analizie sytuacji. Bo niby kto to miałby robić? Posłowie, którzy są specjalistami od pałacowych gierek i tworzenia własnego wizerunku? Ze świecą szukać wśród nich takich, którzy rozumieli by uwarunkowania tego, czy innego sektora... Ministrowie, którzy z dnia na dzień zostają mianowani szefami resortów o których mają mgliste jedynie pojęcie? Mówi się, że aby być profesjonalistą, trzeba przeznaczyć 10 000 godzin na naukę... Proszę mi pokazać, ilu mamy takich, którzy mieli okazją postudiować problemy i metodologię i rozwiązywania choćby w trzeciej części owych 10 tysięcy godzin.

Niestety, również media, owa czwarta władza, chętniej zajmuje się pyskówkami i sensacjami, niż rzetelną dyskusją „o skutecznym rad sposobie”. Niestety, nawet Pańska, „najbardziej opiniotwórcza gazeta” nie zrobiła wszystkiego, by miejsce dla takiej dyskusji zapewnić. Już przy pierwszej, Balcerowiczowskiej „reformie” gospodarki raczej robiła klakę nowej „jedynie słuszniejszej koncepcji”, marginalizując alternatywne opcje.

Wtedy to, po pierwsze – usilnie forsowano tezę o tym, że „nie pracujący dźwig, jest wart tylko ceny złomu, pomniejszonej o koszt rozbiórki”, zapominając o tym, że taki dźwig można komuś wydzierżawić, poszukać sposobów na jego uruchomienie, albo zwyczajnie, poczekać na lepszą ofertę.

Po drugie – nie zbudowano mechanizmów ochrony interesu społecznego w procesie prywatyzacyjnym, gdzie kluczowi gracze – czy to zagraniczni, czy to krajowi byli jednoznacznie zainteresowani zaniżaniem wartości polskich firm, po to, by móc je za bezcen wykupić…
Szereg przykładów polskich przedsiębiorstw dysponujących konkurencyjnymi produktami, i często nowoczesnym parkiem maszynowym daje prof. Kieżun w swej książce „Patologie transformacji”. Wiele z nich mogło by skutecznie konkurować na rynkach światowych (sorki, zwykle ceną, ale tak przecież robili i Japończycy i Koreańczycy); przykładem niech tu będą Zakłady Wytwórcze Urządzeń Komunikacyjnych, monopolizujące produkcję telefonów z ZSRR. (Niemcy przenieśli produkcję do siebie, przejmując kontrakt na konserwacje aparatów w Rosji). Jeszcze więcej firm świetnie mogło by funkcjonować na rynku rodzimym, który został błyskawicznie zawłaszczony przez zachodnie koncerny.

Jak pisze prof. Kieżun o losie Zakładów Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzyniu „najnowocześniejsze maszyny zakupiono pod koniec lat 70. za 400 milionów dolarów amerykańskich” i przytacza słowa dyrektora amerykańskiej International Paper Group INC „cena była na takim poziomie/../ że będziemy mieć atrakcyjny dochód. (…) Rząd polski wydał prawdopodobnie trzy do czterech razy tyle na zbudowanie fabryki i dzisiaj nie była by do zastąpienia nawet za zbliżoną cenę nigdzie na świecie (podkreślenie PJD).

Jednym najjaskrawszych przykładów jest zapewne prywatyzacja „Banku Śląskiego”, którego akcje po debiucie skoczyły o 1430%, a parę dni późnie spadły do jedynie 1270% ceny wyjściowej.. Z osobistych relacji wiem, że kluczowe osoby związane z prywatyzacją brały ogromne kredyty „pod zastaw kupowanych akcji”, mając pełne przekonanie, że dobrze na tym wyjdą.. Cóż, tym pełniejsze, że oni sami byli tym zainteresowani, by „wycena” była możliwie najniższa… Cóż, podobno „klasa średnia musiała się skądś wziąć” – gorzej, że nie z „oszczędności i pracy”, ale z zawłaszczania wspólnego, narodowego majątku. I nie była to tylko ta „wredna, skorumpowana komunistyczna nomenklatura”.

Witek, mój dobry znajomy, były działacz Solidarnościowy, skomentował tę sytuację „znałem wielu, którzy pięknie przeszli przez presję internowania w stanie wojennym, ale nie byli w stanie się oprzeć pokusie pełnego koryta”.

Trzecia sprawa, która gnębiła mnie od dawna, a którą przypomniał mi prof. Kieżun to skandaliczny przewał związany z zamrożeniem kursu dolara. (Dla informacji młodszych czytelników: istotnym elementem „reformy Balcerowicza” było zamrożenie kursu dolara na sztywnym kursie wymiany 9,5 tysiąca (starych) złotych, przy bardzo wysokim oprocentowaniu bankowym wkładów złotówkowych, początkowo wynoszącym blisko 100% w skali rocznej.) Zabieg ten motywowano „przedsiębiorcy będą wiedzieli, jak planować swój biznes”.

Przyznam, że przygotowywałem kilkanaście biznesplanów, ale w żadnym z nich kurs wymiany nie był kluczowym parametrem.. Może dlatego, że nie pracowałem dla wielkich finansowych korporacji, którym dano możliwość zarobienie ogromnych pieniędzy w dwóch prostych ruchach:
- ruch pierwszy (w okolicach 1. stycznia): wpłacamy x mln dolarów do polskiego banku i wymieniamy na złotówki (procenty stukają od pierwszego dnia)

- ruch drugi (po roku): wymieniamy nasz wkład (powiększony o ok. 75%) z powrotem na dolary...

Czy można się dziwić, że przedstawiciele wielkiej finansjery honorowali prof. Balcerowicza najrozmaitszymi tytułami? Sam bym kogoś takiego, kto dał by mi na tacy tak cudowny deal, o fantastycznej stopie zwrotu i bez żadnego ryzyka „najgenialniejszym finansistą wszechczasów”…

Gorzej, ze korzyści z tego dla polskiej gospodarki były więcej niż wątpliwe, a rozmiar wytransferowanych kwot (szukałem, nie znalazłem i tak podaje też prof. Kieżun) nigdy nie został oszacowany...

Czwarte - to bezkrytyczne zastosowanie narzędzi hamowania inflacji w postaci „popiwku”, który hamował wzrost płac, ale też eliminował możliwości konkurowania przedsiębiorstw państwowych o kadry fachowców, eliminował też możliwości rozwijania produkcji; a przecież nie pracowali w ich kierownictwach sami idioci, też miewali dobre pomysły i też czasem widzieli luki rynkowe.

Było by tego znacznie więcej (PGR-y, mordercza dla przedsiębiorstw stopa kredytowa itd.), ale artykuł ma swoje ograniczenia..

Wspomnę więc jeszcze tylko o jednym – wpływie absurdalnie wysokiej stopy kredytu na zahamowanie – nie, na zamordowanie wewnętrznego rynku konsumpcji. Każdy praktyk gospodarczy wie, a ekonomiści też powinni sobie z tego zdawać sprawę, że popyt na całą gamę dóbr w gospodarce rynkowej zależy od wysokości stopy kredytowej. To przede wszystkim rynek mieszkaniowy, ale i cała gama sektorów związanych – ceramika sanitarna, materiały wykończeniowe, meble, dywany, pralki i lodówki.. To wszystko „poleciało na-łeb-na-szyję” w skutek polityki absurdalnie wysokich kredytów.

Przyznam, że dotknęło mnie to osobiście – na początku lat 90-tych, po sukcesie (również finansowym) mojej książki, dzięki zdobyciu dobrych klientów jak KPMG, Mercedes i FIAT zarabiałem bardzo dobrze.. Ale jak porwać się na budowanie domu, czy kredyt mieszkaniowy, gdy (w momencie mojego wyjazdu z Polski, w 1994) koszt kredytu hipotecznego to 67%? Pamiętam rozmowy z uczestnikami naszych szkoleń, pracownikami działów kredytowych wiodących banków, którzy mówili – „przy tym koszcie kredytu, podejrzliwie patrzymy na przedsiębiorców, bo jaki uczciwy biznes może wytrzymać takie koszty finansowania?”
Nie będę twierdził, że potrzebne jest rozliczenie sądowe epoki wielkiej transformacji (choć prof. Kieżun pokazuje, że w wielu miejscach wnioski kontroli NIK są jednoznaczne). Powtarzam jednak raz jeszcze – niezbędna jest nieustająca, kompetentna debata publiczna nad potrzebnymi rozwiązaniami.

Oczywiste? „Gazeta Wyborcza” nieustannie to robi? Fakt, jest nieco krytycznych artykułów, ale.. Jak to się stało, że zamówiony u wybitnego ekonomisty, a późniejszego prezydenta Czech, Vaclawa Klausa artykuł dotyczący polskiej transformacji się nie ukazał? Czy dlatego że był krytyczny?

Nie było też chyba rzetelnej dyskusji o wprowadzaniu nieszczęsnych OFE, które dzięki narzuconym przez ówczesnym rząd(!) horrendalnym „opłatom za zarządzanie” ufutrowały hojnie finansowe korporacje, zablokowały rozwój autentycznego rynku finansowego i okazały się zgubne dla budżetu? (Wiem, to dyskusyjne, temat na osobny artykuł, ale proponuję tymczasem zajrzeć do książki prof. Oręziak lub jej artykułów. Tymczasem jednak entuzjastom OFE proponuję do refleksji tylko jedno pytanie – czy były to instytucje rynkowe?).

Jest też sporo aktualnych problemów wymagających rzetelnej, społecznej dyskusji. Jednym z najbardziej fundamentalnych jest tworzenie miejsc pracy: to właśnie brak sensownych alternatyw jest przyczyną desperacji (i brutalności) walki górników o miejsca pracy… Tymczasem programy „wspierania przedsiębiorczości” w ogromne części są działaniami pozornymi, w najlepszym razie nietrafionymi, często zahaczającymi o korupcyjną „redystrybucję” środków unijnych między „krewnych i znajomych królika”.

Panie Adamie, zjawiska partyjniactwa, marnotrawstwa, korupcji, kolesiostwa i kumoterstwa nie są „akceptowalnymi kosztami demokracji”. To one są zatrutą glebą, z której wyrastają tęsknoty za „kimś, kto przyjdzie i zrobi porządek”, za państwem policyjnym...

Pytanie jednak, kto i gdzie ma taką dyskusję prowadzić, jeżeli „mainstreamowe media” gonią za sensacją i prostymi pyskówkami, bo to przyciąga widzów i reklamy...

Czy cała nadzieja w niszowych portalach internetowych.
Trwa ładowanie komentarzy...